Obiecywałam w ostatnim poście, że jeszcze przed wakacjami będę miała dla Ciebie drugi temat „szkolny”.

Ot i on. Zeszyty restauratora. Musisz je mieć niezależnie od tego czy prowadzisz małą czy dużą gastronomię.

Czym są? Do czego będą Ci potrzebne? I jak mają się do odbioru i kontroli Sanepidu?

Zeszyty restauratora to nic innego jak specjalne zeszyty do monitorowania:

  • dostaw,
  • temperatury w lodówkach i zamrażarkach, oraz
  • mycia i dezynfekcji podłóg i urządzeń.

Ich posiadanie, prawidłowe uzupełnienie, a wreszcie okazanie jest niezbędne do uzyskania odbioru, a już w trakcie prowadzenia działalności również do kontroli Twojej restauracji przez Sanepid.

W zeszycie do monitorowania dostaw należy więc odnotować każdą dostawę, którą przyjmujesz w swojej restauracji. Musisz w nim zapisać nazwę produktu, datę dostawy, temperaturę w trakcie dostawy, a także numer faktury. Niezbędny będzie również podpis odbierającego towar.

W zeszycie do monitorowania temperatury w lodówkach i zamrażarkach koniecznie musisz zanotować.. panującą w nich temperaturę 🙂 Pomiary muszą być wykonywane dwa razy dziennie, za pomocą specjalistycznych termometrów (zapisz datę ich wzorcowania i co ważniejsze – datę ważności wzorcowania), które na stałe muszą być umieszczone w tych urządzeniach. Pod każdym wpisem powinien się również pojawić podpis osoby odpowiedzialnej za ten konkretny pomiar.

Zapytasz się mnie czy te termometry musisz mieć również w lodówkach, gdzie trzymasz napoje lub alkohol? Nie, obowiązek pomiaru temperatury w lodówkach i zamrażarkach dotyczy tylko miejsc, w których przechowujesz takie produkty, które wymagają chłodzenia do tego, aby się nie zepsuły. Sanepid nie będzie sprawdzał czy podajesz gościom schłodzone czy ciepłe napoje.

Zeszyt do monitorowania mycia i dezynfekcji podłóg i urządzeń to zaś nic innego jak dziennik czystości restauracji. Ujmujesz w nim codzienne mycie podłóg, blatów, lodówek i innych urządzeń. Pamiętaj, że w zeszycie musi być również wzmianka o dokonaniu cotygodniowej dezynfekcji. Wpisać należy również rodzaj używanych detergentów, te zaś muszą być zatwierdzone – posiadać certyfikat Sanepidu. No i wiadomo, przydałoby się również imię i nazwisko osoby sprzątającej 😉

Prowadzenie wszystkich trzech zeszytów łączy się w logiczną całość i ma jeden wspólny cel – zapobieganie zepsuciu żywności, pojawieniu się bakterii, a w konsekwencji możliwie jak największe zminimalizowanie ryzyka zatrucia pokarmowego. Wyczytałam gdzieś, że wszystkie trzy razem tworzą swoisty „łańcuch higieniczny” i w pełni się z tym zgadzam.

Jego początek to bowiem kontrola produktu, który odbieramy – dlatego niezwykle ważne jest, aby ewidencjonować daty towarów, ale także temperaturę, którą następnie regularnie monitorujemy już u siebie w restauracji. Zarówno stary produkt, jak i taki który jest przechowywany w niewłaściwej temperaturze to prawdziwe zagrożenie dla zdrowia naszych gości. Dopełnieniem tego jest kontakt takiego produktu z utrzymaną w niewłaściwej czystości kuchnią.. Brudne blaty, lodówki pełne śladów żywności, która była w nich przechowywana kilka tygodni temu, a w końcu resztki jedzenia pozostające na różnych urządzeniach kuchennych takich jak grille, patelnie czy blendery, o brudnych garnkach już nie wspominając. Dlatego tak ważny jest również trzeci z zeszytów – a więc ten do monitorowania czystości naszej kuchni.

Dlatego też pomyślałam, że połączę wpis o zeszytach restauratora z odniesieniem do głośnych ostatnio przypadków kontroli Sanepidu wśród przedsiębiorstw zajmujących się cateringiem dietetycznym czy też prościej mówiąc.. znaną wszystkim dietą pudełkową.

W samym tylko województwie mazowieckim 20 na 45 skontrolowanych kuchni spotkało się z poważnymi zastrzeżeniami Sanepidu. Jakie pojawiały się najczęściej?

  • jedzenie przygotowywano z przeterminowanych składników, często niewiadomego pochodzenia – patrz: zeszyt do monitorowania dostaw;
  • w wielu miejscach nie było odpowiednich lodówek i chłodni – patrz: zeszyt do monitorowania temperatury lodówek i zamrażarek;
  • brudne podłogi, blaty, sprzęt kuchenny i naczynia – patrz: zeszyt do monitorowania mycia i dezynfekcji podłóg i urządzeń;
  • dające się zauważyć przez kontrolujących robactwo panoszące się po kuchni – patrz: umowa DDD.

Ehh.. dla zwykłej poprawności faktograficznej zdradzę Ci również, że w większości przypadków brakowało oczywiście jakiejkolwiek informacji o alergenach.. co martwi tym bardziej, iż wydawało się, że temat ten jest teraz tak modny i popularny, że dostawcy diet – podobno odchudzających i zdrowych – będą na tym punkcie szczególnie wyczuleni! 🙁

Zeszyty do monitowania, co pokazują powyższe przykłady zaniedbań gastronomicznych, są bardzo blisko związane także z umową DDD, o której pisałam w jednym z pierwszych postów. Temat ten okazał się bardzo popularny wśród czytelników bloga, mam więc cichą nadzieję, że i w tym wypadku będzie podobnie 🙂

Póki trwa jeszcze rok szkolny – mam dla Ciebie dwa „szkolne tematy” 🙂

Pierwszy z nich powstał w odpowiedzi na pytanie jednego z gastronomów warszawskich, który dopytywał się ostatnio o to czy aby przyjąć do swojej restauracji uczniów w ramach praktycznej nauki zawodu, potrzebuje tytułu mistrza w zawodzie.

Odpowiedź brzmi: nie!

Brak tytułu mistrza w zawodzie nie powoduje, iż nie możesz stać się instruktorem praktycznej nauki zawodu.

W rozporządzeniu, które szczegółowo to określa wymaga się aby osoba, która chce takim instruktorem zostać posiadała tytuł mistrza w zawodzie albo świadectwo ukończenia jednej ze szkół ponadgimnazjalnych, tytuł zawodowy, tytuł robotnika kwalifikowanego lub równorzędnego, w zawodzie, którego chce nauczać oraz odpowiedni – 3, 4 lub 6-letni – staż pracy.

W każdym z powyższych przypadków Ty lub Twój pracownik, który miałby się podjąć tego zadania musicie również mieć przygotowanie pedagogiczne wymagane od nauczycieli lub ukończony kurs pedagogiczny.

Oznacza to, że aby móc pełnić funkcję instruktora praktycznej nauki zawodu obydwa powyższe warunki muszą być spełnione łącznie – tak więc musisz się wylegitymować umiejętnościami w zawodzie (tytuł mistrza, świadectwa, staż etc.) oraz mieć przygotowanie pedagogiczne, choćby w postaci kursu pedagogicznego.

Wszystko to szczegółowo zostało opisane w rozporządzeniu Ministra Edukacji Narodowej z dnia 15 grudnia 2010 roku w sprawie praktycznej nauki zawodu (Dz. U. z 2010 roku, Nr 244, poz. 1626) i po szczegóły do tego arcyciekawego aktu prawnego Cię odsyłam 😉

Żeby za bardzo nie przynudzać staram się nie przytaczać tu aktów prawnych, ale przeglądając różne fora i strony internetowe zauważyłam, iż mimo tego, że owo rozporządzenie liczy już sobie niemal 7 lat, wiele osób w dalszym ciągu powołuje się na przepisy rozporządzenia z 2002 roku, dlatego uznałam, że warto przytoczyć datę i pełny tytuł aktualnie obowiązującego rozporządzenia.

Jak widać, co do uprawnień bycia instruktorem praktycznej nauki zawodu, ustawodawca dość szeroko określił wachlarz osób, które mogą podjąć się tej funkcji.

Skoro już poruszyłam temat praktycznej nauki zawodu, chciałabym opowiedzieć Ci nieco więcej o tej przyjemnej i zarazem pożytecznej formie współpracy z młodymi ludźmi, która z jednej strony pozwala na pozyskanie dodatkowych rąk do pracy, a jednocześnie stawia na Twojej drodze ucznia, który liczy na to, że z Twojej restauracji wyniesie bagaż pozytywnych i cennych doświadczeń.

Co do podstawy Waszej współpracy – masz dwa wyjścia. Możesz zawrzeć umowę o pracę w celu przygotowania zawodowego z samym uczniem, możesz również zawrzeć umowę o praktyczną naukę zawodu z dyrektorem szkoły, w której uczą się Twoi przyszli uczniowie.

Zakres wiedzy i umiejętności, które masz przekazać swoim uczniom, również nie są dowolne. Są one bowiem określone w programie nauczania dla danego zawodu. Praktyki mogą być organizowane indywidualnie lub w grupach.

I koszty – uwaga! Tu już widać różnicę, pomiędzy nawiązaniem współpracy bezpośrednio z uczniem a podpisaniem stosownej umowy z dyrekcją szkoły. Szkoła bowiem zobowiązana jest do zrefundowania wynagrodzenia oraz dodatku szkoleniowego dla instruktorów praktycznej nauki zawodu. Co więcej, szkoła ma również obowiązek refundacji kosztów takich jak odzież czy obuwie.

Jeżeli natomiast przyjmujesz ucznia na własną rękę, tu zasady są nieco inne, a uzyskanie dofinansowania kosztów kształcenia uczniów warunkowane jest zdaniem przez nich egzaminów potwierdzających ich kwalifikacje w wyuczonym zawodzie.

Trwa sezon ślubny, wielkimi krokami nadchodzi również sezon wakacyjny. Pamiętaj, że uczniowie mogą odbywać swoje praktyki nie tylko w ciągu roku szkolnego, ale także w czasie wakacji. Kto wie, może to dobry moment żeby podszkolić kolejne pokolenie młodych gastronomów a jednocześnie zyskać dodatkowe ręce do pracy? 🙂

PS. A taki rozkoszny ptaszek siedział sobie ostatnio na lusterku mojego samochodu. Ledwo co fruwał i zapewne też potrzebuje się jeszcze wiele nauczyć 😉

Pamiętasz artykuł sprzed dwóch tygodni na temat zatrucia pokarmowego i zasądzenia na rzecz Klientów restauracji dość dużego odszkodowania? Pomyślałam sobie, że idealnym dopełnieniem tego wpisu będzie wskazanie Ci, w jaki sposób możesz się zabezpieczyć przed ponoszeniem wysokich kosztów takiego zdarzenia.

Dlatego też chciałabym poruszyć temat ubezpieczenia restauracji i innych punktów gastronomicznych. Posiadanie odpowiedniego zakresu ubezpieczenia jest bowiem niezwykle ważne przy prowadzeniu tego typu działalności gospodarczej.

Już na poczekaniu, bez głębszego zastanowienia można wymienić co najmniej kilka ryzyk związanych z prowadzeniem restauracji – zalanie, kradzieże, wypadki przy pracy czy też opisywane ostatnio zatrucie pokarmowe.

W tym miejscu mam jednak dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę! 🙂

Otóż pomyślałam sobie, że oddam tym razem głos specjalistce w dziedzinie ubezpieczeń.

Zatem specjalnie dla Was, na pytanie o to zakup jakich rodzajów ubezpieczeń masz do wyboru jako właściciel restauracji, a przede wszystkim wykup ubezpieczeń od jakich ryzyk jest polecany przy tym rodzaju działalności, odpowiada dzisiaj wieloletni pośrednik ubezpieczeniowy, Pani Jolanta Kołodziejczyk:

Każdy właściciel restauracji powinien mieć ubezpieczenie od następujących rodzajów ryzyk:

  1. ubezpieczenie restauracji od ognia i innych zdarzeń losowych – typu zalanie, powódź, deszcz, przepięcie, huragan; warto byłoby rozszerzyć zakres ubezpieczenia o ochronę na wypadek rozmrożenia produktów,
  2. ubezpieczenie szyb oraz ubezpieczenie restauracji od kradzieży i wandalizmu,
  3. ubezpieczenie NNW pracowników – płacone przeważnie jako ubezpieczenie grupowe, z szerokim zakresem zdarzeń ubezpieczeniowych,
  4. ubezpieczenie OC działalności gospodarczej.

Bardzo ważne jest posiadanie ubezpieczenia OC prowadzonej działalności gastronomicznej, które obejmuje ubezpieczenie szkód w mieniu i na osobie, przy czym zaleca się, aby do podstawowego zakresu ubezpieczenia OC wykupić niektóre klauzule dodatkowe – przykładowo:

  • odpowiedzialność za produkt – w tym zakresie mieści się słynne już na tym blogu zatrucie pokarmowe 😉
  • odpowiedzialność za szkody w mieniu pozostającym w pieczy restauracji – czyli wtedy, kiedy mamy szatnię,
  • odpowiedzialność cywilna pracodawcy – przydatna zwłaszcza w sytuacjach, w których pracownik ma wypadek przy pracy i występuje z roszczeniem o wypłatę odszkodowania na drodze postępowania cywilnego bądź też gdy taki pracownik umrze a uznania swoich roszczeń dochodzą jego spadkobiercy.

Dodam jeszcze, że wysokość składki ubezpieczeniowej przeważnie zależy od obrotów osiąganych przez daną restaurację.

Jaki z tego wniosek?

Każda restauracja, każdy pub, każda kawiarnia ale także każdy food truck powinien być dobrze ubezpieczony! Uwierz nam! Czasem tak lubimy narzekać, że tylko płacimy składkę i płacimy i tak naprawdę to na tym tracimy. OK. Zgadzam się – sama tak czasem mam.. hahaha 🙂

Ale co będzie jak restauracja – oby nigdy Cię to nie dotyczyło! – spłonie. Albo zostanie zalana w trakcie powodzi? A co jeżeli  dojdzie do kradzieży z włamaniem i jej wyposażenie w większości ulegnie splądrowaniu – słowem – kiedy straty będą liczone w setkach tysięcy złotych?

Rzecz jasna wymienione powyżej ryzyka i rodzaje ubezpieczeń stanowią tylko ogólną informację o ubezpieczeniach, a każde z towarzystw ubezpieczeniowych oferuje własne produkty, które mogą się różnić nieco między sobą, ale sądzę, że warto znać te podstawowe zasady, o których wspominamy powyżej. I to zarówno wtedy, gdy dopiero zamierzasz ubezpieczyć swoją restaurację, jak i wtedy gdy korzystasz już z oferty któregoś z ubezpieczycieli.

Mam nadzieję, że powyższe informacje okażą się dla Ciebie przydatne, a wspólna praca moja i Pani Joli zaowocowała ciekawym dla Ciebie wpisem! 🙂

PS. Tak przy okazji – pamiętaj również o ubezpieczeniach zawierając niektóre umowy w ramach prowadzonej działalności, takie jak umowy o roboty budowlane. Jeżeli bowiem Pan Kafelkarz – delikatnie mówiąc – nie popisze się z wykonaniem roboty, a będzie objęty ubezpieczeniem OC – znacznie ułatwi Ci do dochodzenie od takiego delikwenta należnego odszkodowania.

Też jestem zdziwiona tym faktem, ale blog ma już prawie dwa i pół miesiąca 😉

Nadeszła więc pora na pierwsze podsumowania.

Muszę Ci się przyznać, że od samego początku z wielką ciekawością śledzę statystyki, a ciągle rosnąca liczba wizyt sprawia mi niesłychaną radość!

Pamiętam takie fascynujące chwile jak pierwsze wejście z wyszukiwarki Google – wow! Ale fajnie!

Albo pierwszy Klient, który zadzwonił i powiedział:

Dzień dobry Pani Mecenas! Widziałem, że prowadzi Pani takiego świetnego bloga dla branży gastronomicznej. Chciałbym, żeby pomogła mi Pani w mojej działalności.

Są jeszcze oczywiście miłe wiadomości, które od Was dostaję, o tym że po prostu lubicie tego bloga czytać.

I to niezmiernie mnie cieszy 🙂

A dziś, w ramach pierwszego podsumowania postanowiłam przedstawić Ci TOP 5 najpopularniejszych dotąd wpisów na blogu.

Pierwsze miejsce i niekwestionowany lider to książeczka sanepidowska. Jest to temat bardzo popularny nie tylko tu na blogu, ale również na wszelakich grupach i forach gastronomicznych. Widać, że problem jest duży – i zarówno dla osób związanych z branżą gastronomiczną, jak i kontroli Sanepidu 😉 Dlatego też również w kolejnych wpisach z pewnością będę nawiązywała do tego zagadnienia i starała się jednak przekonywać, że posiadanie dziś przez pracownika książeczki sanepidowskiej nie ma w zasadzie żadnego znaczenia dla Ciebie jako jego pracodawcy.

Miejsce drugie – gastronomia na świeżym powietrzu, czyli garść informacji o ogródkach letnich. Gorący temat. Choć pogoda nas nie do końca rozpieszcza, sezon ogródkowy rozkręca się na dobre, dlatego nie może dziwić tak duża popularność tego wpisu.

Ostatnie miejsce na podium zajmuje.. opodatkowanie kawy! Znaczy się problematyczne opodatkowanie kawy 😉 Post, do którego napisania zachęcił mnie jeden z forumowiczów okazał się być strzałem w dziesiątkę. Widać, że przepisy podatkowe poprzez swoje zagmatwanie w każdej dziedzinie życia nastręczają nam sporo trudności. Ale spokojnie, blog służy między innymi temu, żeby te skomplikowane kwestie wyjaśniać i tłumaczyć.

Tuż za podium znalazł się wpis dotyczący umowy DDD – dezynfekcji, dezynsekcji, deratyzacji. Powiem Ci tak szczerze, że trochę mnie to nawet zdziwiło. Już pisząc go myślałam sobie, że to taki bardzo techniczny wpis – no bo w końcu o szkodnikach, bakteriach i wirusach 🙂 Dlatego tym bardziej cieszę się, że tak wielu z Was zainteresował.

Ostatnie miejsce w TOP 5 przypadło zabójczym pistacjom. Alergeny to temat niezwykle ważny i aktualny, zarówno dla Ciebie jak i dla Twoich gości. Dobrze zatem, że widać duże zainteresowanie tym zagadnieniem również na blogu.

I tak oto ogłosiłam całą najpopularniejszą 5.

A może Ty masz jakiś pomysł na kolejne tematy wpisów na blogu? Jeżeli tak, zachęcam Cię do podrzucenia swoich propozycji w komentarzu lub wiadomości prywatnej! Z przyjemnością zajmę się nurtującymi Cię kwestiami.

Kończąc chciałabym gorąco podziękować wszystkim Czytelnikom bloga – jesteście najważniejsi! Bez Was blog nie rozwijałby się tak dobrze, a redagowanie kolejnych wpisów nie sprawiałoby mi tyle radości! 🙂

Pisałam niedawno o tym, jak zabezpieczyć swoje interesy tak, żeby móc swobodnie reagować na zmiany rynku i elastycznie kształtować cenę menu weselnego w przypadku zawierania umów o organizację przyjęcia weselnego na wiele miesięcy, a nawet lat wcześniej..

Ale czasem rozliczenie to wcale nie największy problem pary młodej oraz właścicieli restauracji.

Pewnie ktoś kiedyś opowiadał Ci o tym, jak para młoda i goście weselni, zamiast bawić się na poprawinach, leżeli plackiem w łóżkach z ostrym rozwolnieniem.

Albo jak całe lub przynajmniej pół wesela zakończyło zabawę w toaletach i to bynajmniej nie z powodu przeholowania z ilością wypitego alkoholu 😉

Mam nadzieję, że znasz te historie tylko ze słyszenia i nie przytrafiło Ci się coś podobnego prowadząc własną działalność gastronomiczną lub też będąc gościem na przyjęciu weselnym.

Takie rzeczy niestety wydarzają się jednak naprawdę.

Sama pamiętam jak na moim rodzinnym Śląsku jedno z wesel skończyło się zbiorowym zatruciem po zjedzeniu przez gości tradycyjnej „szpajzy” (kremu cytrynowego, do którego używa się surowych jajek). Dzisiaj ten deser jest już niechętnie serwowany na weselach – a szkoda bo jest przepyszny 🙂

Choć z perspektywy osób odpowiedzialnych za organizację w ogóle się nie dziwię. Wcale, a wcale.

I właśnie jednak z takich spraw zawisła na wokandzie warszawskiego Sądu.

Chcę Ci dzisiaj opowiedzieć o wyroku, jaki zapadł w tej sprawie i konsekwencjach zatrucia pokarmowego z jakimi musisz liczyć się jako właściciel restauracji i organizator przyjęcia weselnego w jednym.

A więc było tak: na skutek zatrucia pałeczką Salmonelli z gr. B, do którego doszło w trakcie przyjęcia weselnego zachorowała nie tylko panna młoda, ale także prawie jedna trzecia gości weselnych. Młoda 7 kolejnych dni spędziła w szpitalu, podróż poślubna musiała ulec przełożeniu, a goście do dzisiaj wspominają ten feralny dzień z wyraźnie niezadowoloną miną. Para młoda, która na samo przyjęcie weselne wydała ponad 20.000 zł za każdym razem odczuwała zaś wobec gości wstyd i zażenowanie, nie mówiąc już o tym jak było im przykro z powodu tego, że ich wymarzony dzień skończył się nie tylko klapą, ale i hospitalizacją ponad 30 gości weselnych.

W wyroku poruszanych było wiele dodatkowych kwestii, ale my skupmy się tylko na roszczeniach, jakie kierowano wobec właścicieli oraz na tym, co orzekł Sąd.

Para młoda domagała się od organizatora przyjęcia weselnego zarówno odszkodowania i zadośćuczynienia w związku z rozstrojem zdrowia, jak i zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych.

Sąd zaś co do zasady zgodził się z wysuwanymi przez nich żądaniami.

Po pierwsze więc Sąd uznał, iż organizator przyjęcia weselnego ponosi odpowiedzialność za straty, jakie poniosła para młoda oraz korzyści, które mogłaby osiągnąć, gdyby nie wyrządzono jej szkody w postaci zatrucia pokarmowego i zepsutego wesela.

Ale jednocześnie Sąd wskazał, iż taki organizator ponosi odpowiedzialność tylko za normalne następstwa działania lub zaniechania, z którego szkoda wynikła – normalne, a nie hipotetyczne, najprościej mówiąc – wymyślone dla uzyskania większego odszkodowania.

Co więcej – Sąd wskazał, że wysokość szkody musi być dokładnie udokumentowana i wyliczona. Nie musisz się więc obawiać, że nagle namnożą się koszty, które Sąd zasądzi, a Ty będziesz musiał pokryć.

Po drugie, Sąd zasądził na rzecz pary młodej zadośćuczynienie za naruszenie dóbr osobistych w postaci dobrego imienia i spokoju. Jak bowiem wskazał Sąd:

bez wątpienia ze względu na masowe zatrucie gości weselnych ucierpiało dobre imię pary młodej – uroczystość w oczach gości kojarzy się i będzie się kojarzyć przez długi czas z zatruciem, jego objawami, badaniami, wizytami lekarskim, hospitalizacją. (…) na skutek zatrucia naruszone zostało prawo pary młodej do spokoju i odpoczynku po uroczystościach weselnych, bowiem zamiast pielęgnować dobre wspomnienia związane ze złożeniem przysięgi małżeńskiej, musiała ona interesować się zdrowiem pozostałych uczestników przyjęcia, przepraszać za skutki wesela, wysłuchiwać negatywnych komentarzy, odczuwać wstyd i upokorzenie.

I z tym bezsprzecznie należy się zgodzić. Gdyby taka przykra sytuacja zdarzyła się z powodu zaniedbań organizatorów, para młoda powinna uzyskać stosowne zadośćuczynienie.

Oczywiście Twoja odpowiedzialność nie jest jednak niczym nieograniczona – do pociągnięcia Cię do odpowiedzialności konieczne jest wykazanie Twojej winy w tym, że do zatrucia doszło.

Dlatego między innymi niezwykle ważne jest, aby zachowywać próbki używanych produktów – gdyby bowiem organizator tamtego feralnego przyjęcia dysponował takimi próbkami byłoby można z łatwością ustalić, który z produktów był sprawcą całego zamieszania.

Gdyby zaś okazało się, że przykładowo było to mięso, z którego następnie przygotowano tatar, właściciel restauracji mógłby próbować uwolnić się od odpowiedzialności poprzez jej przerzucenie na dostawcę mięsa.

Oczywiście przesłanek zwolnienia się od odpowiedzialności jest więcej – w każdej sytuacji trzeba rozważyć wszelkie okoliczności, które mogą dowieść tego, że nie ponosiłeś jakiejkolwiek winy za wystąpienie zatrucia u części gości weselnych – brana jest tu pod uwagę czystość kuchni, klimatyzowanie sali czy też dopuszczenie do pracy pracowników z odpowiednimi zaświadczeniami, a nie tylko mitycznymi książeczkami sanepidowskimi 😉

W sytuacji, w której próbek nie zachowano, organizator był zaś w zasadzie pozbawiony możliwości obrony.. A szkoda – bo być może faktycznie nie była to jego wina.

PS. Pozdrawiam Cię serdecznie ze słonecznej Łotwy! Piaszczyste wydmy Saulkrasti niezmiennie zachwycają swoim pięknem 🙂