Tak jak wspominałam Ci w ostatnim poście miałam niedawno możliwość przeprowadzenia w jednej z nadmorskich miejscowości weekendowych obserwacji, jak w praktyce wygląda to, o czym piszę tu dla Ciebie na blogu.

Obiecałam również, że te krótkie, acz intensywne obserwacje zaowocują co najmniej kilkoma wpisami na blogu. Nawiasem mówiąc, w tworzenie bloga zaangażowała się już i rodzina i znajomi. Nikogo już nie dziwi prośba o zbieranie paragonów czy każdorazowe robienie zdjęć menu, co więcej – nawet sami dzwonią, że byli w knajpie i mają „co potrzeba” 🙂

Skoro zatem omówiliśmy już problem nr 1, a więc wydawanie rachunków czy też paragonów kelnerskich zamiast fiskalnych, czas na sytuację nr 2!

A sytuacja jest taka. Każdy z nas może sobie wyobrazić tłumy wczasowiczów wracających z plaży, wygłodniałych i spragnionych. Każdy z nich czyha na jak najszybsze zajęcie stolika i uzupełnienie brakujących płynów oraz napełnienie pustego żołądka. Kto choć raz był nad Bałtykiem, doskonale wie o czym piszę.. Zresztą, nie dotyczy to tylko przysłowiowego Bałtyku, ale wszystkich obleganych turystycznie miejsc w Polsce, ale i na całym świecie.

No dobrze, ale powiesz: OK. Naturalna sprawa. Głodni turyści oblegają nadmorskie restauracje. I co z tego?

W zasadzie nic. Gdyby jednak nie to, że część z nich zapomina, że zeszła już z plaży, a wybrane miejsce na zjedzenie obiadu to nie bar przy wejściu nr 5, w którym jeszcze chwilę temu stało się po zimne się piwo i frytki dla zgłodniałych malców.

Tak, chodzi więc o strój! Odpowiedni strój do restauracji, baru letniego czy jak tam chcemy nazwać wszystkie nadmorskie knajpki. Rzecz jasna, każdy wie, że to nie restauracja w hotelu czterogwiazdkowym, nikt też nie wymaga długich spodnich, koszuli i eleganckiej sukienki dla pań.

Ale wszyscy chyba się zgodzimy z tym, że panowie bez jakichkolwiek koszulek i panie w bikini to nie najlepszy i nie najbardziej apetyczny dodatek do obiadu. Pytanie zatem brzmi, czy Ty jako właściciel restauracji możesz mieć wpływ na to, jakich Gości u siebie przyjmujesz i czy możesz skutecznie walczyć z wszechobecnym roznegliżowaniem w restauracjach, zwłaszcza w miejscach popularnych turystycznie i zwłaszcza latem, kiedy dobitnie sprzyja temu pogoda.

Odpowiedź jest prosta: możesz!

Zgodnie z przepisami, możesz odmówić świadczenia swoich usług z uzasadnionej przyczyny, za którą uznaje się między innymi nieodpowiedni strój gościa.

Możesz zatem odmówić, ale nie możesz karać. Ani Ty, ani wezwana przez Ciebie Policja. Przynajmniej w Polsce. Bo na przykład w Hiszpanii kary za takie przewinienie są powszechne i nikogo już nie dziwią.

I teraz wracamy do mojej wizytacji na polskim Wybrzeżu. Wiele nadmorskich restauracji informuje już przy samych drzwiach, że goście w strojach plażowych nie będą obsługiwani. Inni taką informację zawierają na kartach menu. Obydwa sposoby są dobre. Ważne jest, aby Goście wiedzieli, że w Twojej restauracji obowiązują określone wymogi co do stroju.

Jeżeli tak jest, obsługa ma pełne prawo do tego, aby poprosić Gości o założenie kompletnego stroju, a w przeciwnym wypadku – ma również prawo do odmowy przyjęcia zamówienia.

Na zdjęciu obok, pokazuję przykładowe menu informujące jednocześnie o tym, że goście w strojach plażowych nie będą obsługiwani.

Problem nieco zbyt rozebranych wczasowiczów nie jest zresztą nowy. Pamiętasz jak kilka lat temu walczyły z nim władze Sopotu? W mieście została nawet przeprowadzona kampania informacyjna, tak żeby uświadomić tym mniej świadomym, że po zejściu z plaży właściwym byłoby założenie stroju miejskiego, nie plażowego 🙂

A jak jest u Ciebie w restauracji? Bez problemu obsługujesz Gości niezależnie od ich stroju? Czy też zwracasz uwagę na to, żeby jednak strój w restauracji był nieco inny niż na plaży? Jeżeli tak – w jaki sposób informujesz o tym Gości?

Chętnie poznam Twoje doświadczenia z tym gastronomiczno-modowo-plażowym problemem 🙂

Odwiedziłam w ostatni weekend jedną z popularnych miejscowości turystycznych nad Bałtykiem. Krótki bo trzydniowy pobyt zaowocuje jednak kilkoma, jak sądzę bardzo ciekawymi 🙂 wpisami na blogu.

Miałam tam dość dobrą okazję do przetestowania jak w rzeczywistości wygląda to o czym od kilku miesięcy piszę Wam na blogu. Przykładowo mogłam zweryfikować, w jakim stopniu respektowane są wymogi dotyczące alergenów.

Zaczynamy! Sytuacja nr 1 – zamawiamy jedzenie w jednym z barów letnich. Wszystko ładnie, obsługa kelnerska bardzo miła, jedzenie smaczne. Jak już jednak zapewne podejrzewacie, wydarzyło się coś, co stało się przyczynkiem do dzisiejszego wpisu, a nie był to zapewne smak zjedzonej ryby – choć bardzo dobrej 🙂

Otóż po poproszeniu o rachunek, kelnerka przyniosła nam owszem rachunek, ale nie był to paragon fiskalny, ale tzw. paragon lub rachunek kelnerski, który w restauracjach powinien być używany wyłącznie do wewnętrznych rozliczeń z obsługą kelnerską.

Niestety nie powinno tak być. I nie chodzi tu w żadnym razie o moją złośliwość. Absolutnie!

Przeciwnie, chcę Was tylko przestrzec, bo często z pozoru zwykli Klienci, wyglądający jak co drugi polski turysta mogą okazać się pracownikami skarbówki.

Nieoczekiwanie, jakby czytając mi w myślach, 18 lipca ukazał się komunikat Ministerstwa Finansów, ostrzegający przed konsekwencjami wydawania rachunku/paragonu kelnerskiego zamiast fiskalnego.

Przypomina się w nim między innymi, że wydanie paragonu jest obowiązkiem kelnera i nie jest uzależnione od prośby Klienta, ani od tego czy podejdzie on odebrać paragon. Obowiązkiem kelnera za każdym razem jest zatem wręczenie Gościom paragonu fiskalnego, a więc zaniesienie go do stolika, przy którym stołują się Klienci.

Ministerstwo ostrzega jednocześnie, iż taka praktyka może spotkać się z przykrymi konsekwencjami zarówno dla właściciela restauracji, jak i dla kierownika zmiany i samego kelnera obsługującego Gości.

Przypomnę, że dokonanie sprzedaży z pominięciem kasy fiskalnej lub niewydanie paragonu dokumentującego taką sprzedaż rodzi odpowiedzialność karnoskarbową. Na osoby odpowiedzialne za ewidencjonowanie transakcji na kasie fiskalnej mandatem karnym może zostać nałożona grzywna w granicach od 200 złotych do nawet 4.000 złotych.

Dlatego też, Ministerstwo stworzyło dla kelnerów instrukcję na temat rejestracji sprzedaży na kasie fiskalnej. Jako, że składa się ona dokładnie z 10 punktów, śmiało nazwać można ją dekalogiem fiskalnym kelnera.

A więc, moi drodzy, zwłaszcza jeżeli jesteście kelnerami 😉 – poniżej przytaczam całą treść owej instrukcji:

  1. Zawsze pamiętaj o zarejestrowaniu sprzedaży na kasie fiskalnej dla udokumentowania transakcji. Bez znaczenia jest czy Klient płaci kartą czy gotówką.

  2. Po zaewidencjonowaniu sprzedaży na kasie wydrukuj paragon fiskalny i wydaj go Klientowi.

  3. Nie czekaj aż Klient poprosi Cię o paragon. To Ty masz obowiązek wydać go Klientowi.

  4. Jeżeli Klient płaci przy stoliku, zanieś mu paragon. Powinien go dostać, zanim zapłaci. W przeciwnym wypadku może wyjść z lokalu, zanim otrzyma paragon, a Ty nie spełnisz swojego obowiązku.

  5. Pamiętaj, że rachunek kelnerski nie zastępuje paragonu! Możesz go wręczyć Klientowi razem z paragonem, nigdy zamiast niego.

  6. Urząd Skarbowy ma prawo skontrolować ewidencję sprzedaży na kasie fiskalnej.

  7. Jeśli nie wydajesz paragonów lub nie rejestrujesz sprzedaży na kasie fiskalnej możesz zostać ukarany mandatem. To Ty otrzymasz mandat, nawet jeżeli ktoś inny nie pozwala Ci rejestrować sprzedaży na kasie.

  8. Nierejestrowanie sprzedaży na kasie fiskalnej to unikanie płacenia podatków!

  9. Płacisz za to Ty: oszust podatkowy zazwyczaj zatrudnia na czarno lub na umowy śmieciowe. Płaci za to reszta społeczeństwa: z podatków budowane są drogi, utrzymywane są szpitale, szkoły, policja, itp., z których oszust korzysta sam nic nie dokładając.

  10. Unikanie płacenia podatków to okradanie społeczeństwa. Nie bierz w tym udziału!

Oczywiście, niektóre z tych punktów – zwłaszcza te na końcu – zdają się być zbyt górnolotne i zbyteczne..

Ale mimo wszystko morał z tej opowieści i instrukcji taki, że powinieneś uważać, gdyż zwłaszcza w czasie wakacji, kontrola skarbowa czyha na każdym rogu!  🙂

Wracamy dzisiaj do Waszego ulubionego tematu 🙂

Oczywiście, że mam na myśli obowiązkowe badania sanitarno-epidemiologiczne stanowiące podstawę do wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do pracy w gastronomii – choć wiele osób nadal uważa, że wystarczy im książeczka sanepidowska – nad czym niezmiennie ubolewam 😉

Wpis na temat mitu związanego z potrzebą posiadania przez pracownika książeczki sanepidowskiej nadal bije rekordy popularności na blogu, ale jest to temat dużo szerszy niż tylko potrzeba obalenia jednego mitu.

Poruszę zatem dziś temat terminu ważności wydanego orzeczenia.

Przeglądając fora i inne strony związane z gastronomią zauważyłam, że z odpowiedzią na te pytania jest duży kłopot. Wiele osób sądzi, iż obowiązujące przepisy prawa ustalają sztywne ramy ważności czasowej wydanego przez lekarza orzeczenia, np. spotkałam się ze stwierdzeniem, że badania obowiązkowo trzeba robić co 2 lata..

A tak nie jest, choć teoretycznie miało tak być.

Pamiętasz jak we wpisie dotyczącym książeczki sanepidowskiej pisałam, że od 2012 roku czekamy na wydanie nowego rozporządzenia Ministra Zdrowia w przedmiocie obowiązkowych badań sanitarno-epidemiologicznych? Mimo, iż wpis był z marca – dalej czekamy i pewnie długo jeszcze poczekamy..

To w tym właśnie rozporządzeniu ustawodawca miał określić termin ważności wydanego orzeczenia.

Ponieważ jednak rozporządzenia brakuje, obecnie uznaje się, że o tym jak długo ważne będzie orzeczenie i kiedy trzeba będzie powtórzyć badania zdecyduje sam lekarz. Oczywiście w oparciu o posiadaną wiedzę medyczną oraz po uzyskaniu od pracownika informacji o rodzaju wykonywanej pracy i miejscu jej świadczenia.

No dobrze, ale zapytasz mnie co  w sytuacji, w której przykładowo kelnerka przebywała na macierzyńskim lub też kucharz złamał nogę i nie było go w pracy przez kilka miesięcy, czy takie osoby po powrocie do pracy muszą ponownie wykonać badania?

Nie. Jeżeli, z poprzednio wydanego orzeczenia wynika, że termin wykonania kolejnych badań jeszcze nie nadszedł, możesz spokojnie przywrócić swoich pracowników do pracy.

Potrzeba wykonania ponownych badań przed czasem może pojawić się jednak w sytuacji, w której pojawi się obawa, że dany pracownik mógł się zarazić jakąś chorobą, na przykład w wyniku kontaktu z osobami zakażonymi.

Taka potrzeba pojawia się również przy przyjmowaniu nowego pracownika.

Co ważne, musisz pamiętać, że obowiązek wydania skierowania na badania oraz koszt takiego badania obciąża Ciebie jako pracodawcę bądź zlecającego.

PS. W oddali już migocze nam Półwysep.. miłego weekendowania! 🙂

Mam dzisiaj dla Was prawdziwą gratkę!

Pamiętasz, jak wspominałam Ci, że razem z moim mężem jesteśmy wielkimi fanami piwa rzemieślniczego oraz warzymy własne, domowe piwo?

Picie piwa w Polsce, dla wielu osób już dawno przestało kojarzyć się z koncernowymi lagerami, a ludzie szukają w piwie coraz to nowych smaków. Piwo z kokosem, orzechami, a nawet kiszonym ogórkiem, piwa z truskawkami, malinami czy wiśnią, lekkie pszeniczne czy mocniej alkoholowe portery – a wszystko to warzone rzemieślniczym sposobem, na polskich, amerykańskich czy nowozelandzkich chmielach. Zapewniam Cię, że przygoda z piwowarstwem rzemieślniczym to prawdziwa kopalnia smaków i aromatów 🙂

Dlatego też chciałabym zabrać Cię choć na chwilę do tego magicznego świata. A że  nadarzyła się nam wczoraj okazja do zwiedzenia browaru w Lęborku, należącego do AleBrowaru, jednego z prekursorów idei warzenia piwa rzemieślniczego w Polsce, postanowiłam oprowadzić Was dzisiaj wirtualnie po browarze oraz opowiedzieć co nieco o procesie powstawania piwa.

Wycieczka rozpoczęła się nietypowo bo z Gdyni do Lęborka przemieszczaliśmy się starym, poczciwym Ikarusem, który jak żywo wyglądał jak wyjęty z poprzedniej epoki. Nie wierzycie? To popatrzcie 🙂

Samo zwiedzanie browaru rozpoczęliśmy zaś od miejsca składowania i śrutowania (mielenie, rozdrabnianie) słodu. To tutaj startuje faktycznie proces warzenia piwa i ustala się jego ostateczną recepturę.

Stąd śruta jest bezpośrednio transportowana do kotła zaciernego, gdzie zaciera się słód. Zazwyczaj trwa to około godziny, w zależności od stylu piwa, które chcemy uwarzyć. Następnie zawartość kotła zaciernego trafia do kotła filtracyjnego. Tu następuje oddzielenie brzeczki od słodu za pomocą gorącej wody. Tak przygotowany filtrat trafia do kolejnego z kotłów, tym  razem kotła warzelnego, gdzie następuje gotowanie brzeczki, czyli to co w potocznym języku nazywamy warzeniem piwa. Na tym etapie dodaje się chmiel oraz inne przyprawy (oczywiście w zależności od stylu piwa). Ugotowana brzeczka trafia następnie do whirpool’a, który ma za zadanie oddzielić elementy stałe (chmiel i osady białkowe) od brzeczki.

Na dwóch powyższych zdjęciach widać czteronaczyniową warzelnię (kadź zacierna, kadź filtracyjna, kadź warzelnicza oraz whirpool), na którą wchodzi się po schodkach. Zastanawiasz się po co? A no po to, że każde naczynie ma z góry pokrywę, którą piwowarzy mogą otworzyć, aby kontrolować proces warzenia piwa czy też dodawać jakieś składniki – zazwyczaj chmiel.

No dobrze, mam nadzieję, że na tyle Cię już zaciekawiłam, że z niecierpliwością czekasz, aby przeczytać co dzieje się dalej 🙂

Otrzymaliśmy póki co gorącą brzeczkę. Żeby rozpoczął się proces fermentacji, należy do chłodnej brzeczki dodać drożdże. W tym celu gorąca brzeczka trafia do płytowego wymiennika ciepła, który w krótkim czasie schładza brzeczkę do około 20 stopni Celsjusza, a następnie bezpośrednio do tanków fermentacyjnych.

Wtedy dodajemy drożdże i zaczyna się proces fermentacji, w którym drożdże przerabiają cukry na alkohol.

Fermentacja dzieli się na dwie fazy: burzliwą i cichą. Proces fermentacji burzliwej trwa tydzień. W tym czasie drożdże pracują intensywnie i wytwarza się piana. Natomiast w fazie fermentacji cichej młode piwo leżakuje bez drożdży i nabiera ostatecznego smaku.

Na zdjęciu powyżej widać całą alejkę tanków fermentacyjnych w AleBrowarze.

Tym sposobem po około czterech tygodniach od dnia warzenia mamy gotowy produkt, który nadaje się do zabutelkowania lub wlania w kegi.

Choć nie.. jeszcze nie..

Do zbiornika, który widzisz obok trafia chmiel, przez który cyrkuluje piwo przed rozlewem. Nadaje to piwu intensywnego aromatu chmielowego, którego brakuje w piwach koncernowych.

Po prawej widzimy za to już linię do rozlewania piwa. Kolejne etapy rozlewania piwa składają się z etykietowania, rozlewu i kapslowania.

Teraz to już naprawdę koniec 🙂

Zabutelkowane piwo trafia do sklepów, zaś kegi do pubów zwanych multitapami czy też wielkokranami. Największy polski multitap, warszawski Piw Paw oferuje aktualnie 95 różnych piw.

Na zdjęciu obok widzimy również beczki po chardonnay, w których leżakuje barley wine. Takie przechowywanie piwa nadaje mu niepowtarzalnego aromatu alkoholu, który pierwotnie się w nich znajdował.

Musisz jednak wiedzieć, że poza aromatem, leżakowanie w beczkach często nadaje im również obłędnie wysoką cenę 😉

I na koniec mam jeszcze dla Was pamiątkowe zdjęcie z jednym ze współwłaścicieli AleBrowaru, Michałem Saksem oraz widok mojego męża degustującego piwa rozlane prosto z tanków fermentacyjnych.

Aha i najważniejsze – uwierzcie, że cały proces produkcji można wykonać samodzielnie w domu. Trzeba oczywiście posiadać jakiś tam podstawowy sprzęt piwowara, ale z całą pewnością można.

Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis okazał się dla Was ciekawy, a przede wszystkim zrozumiały. Starałam się, aby proces warzenia piwa przedstawić Wam w prosty i czytelny sposób. Czy mi się to udało, ocenicie sami.

Jeżeli macie jakieś „piwne pytania” z przyjemnością na nie odpowiem.

PS. Chciałabym gorąco podziękować mojemu mężowi za nieocenioną pomoc przy redagowaniu tego wpisu. Nadawane przeze mnie nazwy poszczególnym sprzętom do warzenia piwa nie zawsze mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To co ja nazwałam chmielarką, podobno chmielarką nie jest, choć zupełnie nie rozumiem dlaczego by nie używać takiej nazwy skoro sama w sobie służy do nachmielania piwa 🙂

Pozdrawiamy i dziękujemy również ekipie AleBrowaru za wspaniałą wczorajszą gościnę! 🙂

Chciałabym poruszyć dzisiaj temat, który mnie samej wydaje się szalenie ciekawy, mimo iż będzie dotyczył podatków 🙂 Sądząc jednak po popularności wpisu na temat opodatkowania kawy, mam podstawy sądzić, że tematy podatkowe interesują dużą cześć czytelników bloga.

I powiem Ci, że bardzo mnie to cieszy, gdyż pogmatwanie z poplątaniem przepisów podatkowych w gastronomii jest ogromne, a wiedza Internetu na ten temat naprawdę niewielka.

Sprzedaż na wynos, dowóz pizzy pod same drzwi oraz popularny w ostatnich latach catering – jeszcze niedawno opodatkowane były preferencyjną 5%, stawką podatku VAT. Przy klasyfikacji swoich usług jako opodatkowanych 5% lub 8% stawką podatku VAT, lokale gastronomiczne musiały dokonać rozróżnienia czy dokonują dostawy towarów (tak jak przykładowo pizzerie) czy też wykonują usługę gastronomiczną, opodatkowaną wyższą bo 8% stawką podatku VAT.

Kłopotów było z tym co nie miara, bo przyjmowało się, że sytuacja każdego przedsiębiorcy musiała być analizowana indywidualnie, a czasem jeden szczegół decydował o tym, że dana działalność nie była uznawana za dostawę towarów. Niemniej jednak wymienione przeze mnie kategorie podmiotów – food trucki, pizzerie, wszelkie sezonowe budki gastronomiczne oferujące jedzenie na wynos oraz firmy cateringowe wypełniały definicję dostawy towarów oraz korzystały w przeważającej większości z preferencyjnej 5% stawki podatku VAT.

Ich sytuacja prawna diametralnie zmieniła się w ubiegłym roku. Mimo, iż nie zmieniły się przepisy podatkowe w tym zakresie, zmianie uległy zasady opodatkowania podatkiem VAT. Zapytasz jak to możliwe?

Otóż tak to możliwe, że Ministerstwo Finansów niespodziewanie w ubiegłym roku, wbrew dziesiątkom wydanym wcześniej na gruncie obowiązującego prawa podatkowego – polskiego oraz unijnego – interpretacjom indywidualnym, wydało interpretację ogólną z dnia 24 czerwca 2016 roku (znak PT1.050.3.2016.156), wywracającą dotychczasowe zasady opodatkowania do góry nogami.

Dosłownie – do góry nogami, o czym przekonasz się jak doczytasz ten wpis do końca 😉

W świetle zmienionej interpretacji nie ma już znaczenia, czy wykonujesz dostawę towarów czy też usługę gastronomiczną. Kluczowe za to jest zaklasyfikowanie danego towaru lub usługi według PKWiU.

Zgodnie z powyższym, 5% stawka podatku VAT, stanowiąca klasę PKWiU 10.85 obejmuje wyłącznie gotowe posiłki i dania i zgodnie z interpretacją Ministerstwa:

odnosi się do gotowych posiłków i dań i obejmuje produkcję gotowych (tj. przygotowanych, przyprawionych i ugotowanych) posiłków i dań składających się co najmniej z dwóch różnych składników (z wyłączeniem przypraw itp.), mrożonych, w puszkach, słoikach, pakowanych próżniowo lub przy pomocy innych technologii opakowań ze zmodyfikowaną atmosferą, które zwykle są pakowane i etykietowane z przeznaczeniem na sprzedaż.

Tak więc fakt przygotowania przez Ciebie lub też Twoich pracowników choćby burgera, którego Klienci wezmą następnie do ręki i zjedzą idąc, spowoduje, że taka sprzedaż opodatkowana będzie 8% stawką podatku VAT.

Cała działalność usługowa związana z zapewnianiem wyżywienia przeznaczonego do bezpośredniej konsumpcji, została przez Ministerstwo zaklasyfikowana jako działalność usługowa związana z wyżywieniem, która podlega opodatkowaniu podatkiem VAT według 8% stawki.

Zgodnie z najnowszymi wytycznymi nie ma zatem znaczenia czy są to restauracje samoobsługowe, oferujące posiłki na wynos, zapewniające miejsce do siedzenia lub też nie. Jedynym decydującym kryterium jest obecnie to, czy serwowane posiłki przeznaczone są do bezpośredniej konsumpcji.

No dobrze, zapytasz mnie zatem – kto w chwili obecnej może z takiej, preferencyjnej 5% stawki skorzystać?

W zasadzie nikt.

Nowe zasady opodatkowania wyłączają z takiej możliwości pizzerie dowożące jedzenie pod sam próg naszego domu, food trucki sprzedające swoje produkty na przeróżnych festiwalach oraz eventach czy też firmy cateringowe dostarczające jedzenie do miejsca naszej pracy.

Ale jest jeszcze jedno pytanie – kto o tych zmianach w opodatkowaniu wie?

Niewiele osób. Widać to chociażby po prześledzeniu informacji, które na ten temat można znaleźć w Internecie. Zapewniam Cię, że na pierwszej stronie w wyszukiwarce pojawiają w zasadzie wyłącznie artykuły sprzed 2, 3 i więcej lat, które tej zmiany nie uwzględniają.

To co jednak jest tutaj najistotniejsze – jak możemy wyczytać z komunikatu Ministerstwa Finansów z dnia 5 czerwca 2017 roku – zaleca się, aby wszyscy restauratorzy przeanalizowali stosowaną stawkę VAT i w przypadku uznania, że dotychczas stosowana stawka jest nieprawidłowa, prawidłowo rozliczyli VAT i złożyli korektę deklaracji.

W przeciwnym bowiem wypadku – Ministerstwo informuje, że organy podatkowe będą na bieżąco weryfikować, a uzasadnionych przypadkach podejmować działania kontrolne w zakresie prawidłowości stosowanej stawki podatku VAT przy sprzedaży posiłków i dań gotowych przez placówki gastronomiczne.

Oprócz zeszłorocznej interpretacji ogólnej, pojawił się bowiem i nowy komunikat Ministerstwa Finansów z czerwca tego roku, przypominający o prawidłowej stawce podatku VAT w gastronomii.

Postanowiłam zatem nie tyle przypomnieć Ci o tym, ile przestrzec przez zmianą interpretacji obowiązujących przepisów i uchronić przed niemiłym zaskoczeniem w przypadku ewentualnej kontroli.

PS. Chciałam dodać zdjęcie paragonu obrazującego naliczoną stawkę VAT, ale doszłam do wniosku, że zdjęcie z pięknej Norwegii będzie zdecydowanie milsze dla oka 😉